Jak wygląda koniec świata

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.
~ Czesław Miłosz, piosenka o końcu świata

森: pierwszy był las

Pytanie to zwykłem zadawać przy wielu niezobowiązujących okazjach - i muszę przyznać że zwykło być jednym z mych ulubionym, tuż obok: będąc dzieckiem kim chciałeś zostać gdy dorośniesz i jaki jest Twój ulubiony owoc. Możecie się śmiać, ale gdy wchodzi się w interakcję (bądź-co-bądź: nieprzymuszoną) z tak dużą ilością obcych ludzi, w jaką zwykłem wchodzić ja nim świat stanął na głowie, to zestaw kilku niebanalnych pytań potrafił uratować nie tyle co rozmowę, co wręcz rodzącą się znajomość. Więc tak jak powiedziałem - zwykłem to robić, pytać się o rzeczy niebanalne, ludzi których od zawsze chciałem przestać postrzegać jako zwyczajnych.

Z reguły byłem zadwolony z uzyskanych odpowiedzi, przeświadczając się w twierdzeniu, że nie strzępiłem ryja po próżnicy. I tak jak za dziecka ostrzegano mnie - uważaj o czym marzysz, tak dzisiaj ja ostrzegam - uważaj o co pytasz. W trzecim tygodniu swego zamknięcia, będąc w lesie, dowiedziałem się o Miłoszu i jego zacytowanym wyżej wierszu. Nie wiem skąd ten natury zew w tym akapicie, ale tytułowe pytanie zadałem kilka tygodni wcześniej jednej, pięknej dziewczynie, której imię również brzmiało las. Rzekła ona:

yo no pienso que el fin del mundo sea así, la gente llorando con una guerra, gritando que el mundo se esta acabando. Esto va a ser un dia normal

Co w mowie Marqueza znaczy ni-mniej, ni-więcej tyle, że dzień w którym skończy się świat, to będzie kolejny zwykły dzień. Ja od siebie dodam jeszcze, a może nawet bardziej sprecyzuję - że to nie będzie: ani piątek, ani poniedziałek, bo z własnych, błyskotliwych obserwacji muszę dodać że im bliżej końca świata, tym mocniej każdy dzień zaczyna przypominać środę. Taką zwykłą, kurwa środę, której tyknięcia zegara zawierają jeszcze niewyraźną traumę mijającego poniedziałku, a zarazem obietnica piątku zdaje się jeszcze być nadchodzącym snem.

手紙: kolejny był list

Gdy zamknęli lasy, kolejnym zwiastunem końca świata stał się list, którego nie napisałem, a na którego odpowiedzią była paczka pocztowa, której nigdy nie otrzymałem. Pożyczyłem kiedyś, pewnej-jednej, pięknej kobiecie parę książek. Ot nic - jeden z etapów rozwijania znajomości. Książki były dla mnie ważne, ale te zapisane na kartkach papieru słowa, przecież mogłyby obrócić się w perz przez jeden jej uśmiech. Znajomość skończyła się, a ja chciałem list napisać, prosząc w nim chociaż o zwrot wspomnień zawartych na kartkach papieru, które niegdyś budowały moje szamańskie powołanie. I tych listów świat napisał więcej – jednak nie moją ręką, bo ja nie napisałem ani jednego, nie licząc jakiegoś małego. Tekst liter które poczęły wyświetlać się na pikselach mojego ekranu około czwartego tygodnia zamknięcia zaczął budzić we mnie niepokój, gdy już zaczął składać się w jedną całość. Tysiące liter, dziesiątki zdawałoby się już nieistniejących relacji, poczęło się odradzać jak za sprawą nadchodzącej apokalipsy, którą ludzie niegdyś bliscy chcieliby przeżyć z czystym sumieniem, prosząc o dobre słowo mnie. Jakby nie było kogo poprosić. Dałem, bo cóż mnie kosztuje być w zgodzie, gdy czuć że to ostatni moment, a nie pierwsza okazja.

うんこ: drzewa pocięte na listy kończą w kartonie

Bo otóż widzicie, ten świat jest ulepiony z kartonu i gówna, ot co. I nie skończy go żaden koronawirus, chociaz 7.8 miliarda ludzi coś powinno przetrzebić, choćby dla sprawiedliwości dziejowej względem komarów. Od początku tej pandemii, nigdzie nie chodziłem, ale mówiłem: jak nie zaraza, to wojna lub katastrofa ekologiczna, taki mądry byłem, zdawałoby się - pragmatyczny i przewidujący. Ze świętym spokojem, byłem gotów swym buddyjskim zwyczajem zaakceptować kolejną zmianę w tym ciągle transformującym się świecie. Prawda jest zupełnie inna, karton nasiąkł, a my - zajebiemy się sami ociekając tymże gównem. Ileż komfortu jest w tym, by ze spokojem słuchać - zamknij się w domu i nic nie rób. Zostań bohaterem. Możesz ocalić tyle osób. Spokojne sumienia rozkoszujące się moralnie poprawnym lenistwem. Tymczasem, jest tyle rzeczy i tylu ludzi… Spraw, które moglibyśmy uratować nie siedząc w domu, nawet pomimo wirusa. Czy nadal będziemy bohaterami, gdy kłódka pęknie? Czy może zmęczyliśmy się już byciem herosami po paru tygodniach? Czy wciąż będziemy potrafili dla tak niewielu, poświęcić tak wiele? Czy za nic nam będą miejsca pracy, zdrowe myśli, kwitnące relacje społeczne, gdy nadejdzie następna pandemia? Czy ostatecznie:

życie samo w sobie jest wartością wyższą niż jakość tegożże?

Zamknięcie w izolacji nigdy nie sprzyjało mojemu, zdiagnozowanemu w mowie Szekspira overthinking, a ten tekst nie służy niczemu innemu, niż zabiciu kolejnej środy.