Siła pędu

Czasem jest szybko, a czasem jest wolno. Czasem wolno się spieszyć, a czasem wypada czym prędzej zwolnić. Rytm życia ma rożne oblicza. Zegarki, lecz nie te na baterie, już nie. Teraz mamy zegary. Zegary atomowe, serwery NTP i dedlajny. To znak naszych czasów. Wczoraj, bieg i jutro – taki mamy cykl. A gdy wybije ostatnia godzina, to o co zapyta kostucha? Która godzina?

Szczerze wątpię, że zapyta. I że obchodzi ją dzień lub godzina. Koncept czasu jaki wytworzyliśmy w naszej kulturze daje złudne wrażenie, że czas jest konceptem linearnym, gdzie cały Wszechświat jest rozłożony na pojedynczej lini, którą da się poszatkować na różne odcinki niczym marchewkę, wskazówką zegara. I żyjąc w ten takt, z czasem poznałem się na tym że czas ma jeszcze jedno, krągłe oblicze. Życie kołem się toczy – mawiają.

Każdemu wydarzeniu w swym życiu mógłbym przypisać datę. Godzinę, a czasem nawet minutę. Szczególnie tym intensywnym – dzień, w którym pierwszy raz zawiodłem się na sobie, dzień w którym pierwszy raz zawiodłem się na ludziach. Traumy i ekstazy, intensywne chwile które sprawiają że teraźniejszość przyćmiewa wczoraj i jutro. Zatrzymuję się w swoim biegu.

I spoglądam dookoła, wszystko wydaje się takie wyraźne i szybkie kiedy ja zwalniam. Kiedy się zwalniam z obowiązku pędu. Kiedy siadam tu na chwilę i zamykam się w tej bańce, jest tylko tu i teraz. Jestem ja. Jest klawiatura. Jest też i ekran, i jesteś też Ty. Chociaż chyba to jeszcze nie teraz? Czy to już?

To jest dopiero intensywne, nie ułudne jak tydzień temu, czy wątplie jak to co będzie w piątek. To siła pędu mego życia. Moja masa pomnożona przez drogę którą pokonałem, podzielona przez czas który przebimbałem. Bagaż doświadczeń waży sporo i czasem sobie z nim czekam. Czekam, aż się przeterminuje, czekam aż się zapełni. Ja ciągle czekam, czekam, czekam. Czekając – biegnę.

I czekając w ogóle się nie przemieszczam, czas pędzi, a mój pęd jest niezmienny. Minęło już sześć kartek z kalendarza, krajobraz na dworze zdążył się odrodzić i obumrzeć na nowo. Wszystko powinno być inne, a jednak po części jest takie samo. Sęk tkwi w tym, że świat nie zmienia się sam z siebie, to świat zmienia się w nas. Oczywiście nie tak dosłownie, to taka forma literacka jedynie. Co nie?

Ale dążę do tego, że czemu oczekujemy z biegiem lat widzieć zmiany w rzeczach, których sami nie chcemy zmienić? Ileż razy można popełniać te same błędy i oczekiwać innych rezultatów? Jako ludzkość postanowiliśmy sobie że do 2050 będziemy neutralni węglowo. Na szczycie zorganizowanym samolotowo. Chcemy by kartki kalendarza goiły jątrzące się szramy na rzeczywistości. By pielęgnowały i bliźniły. Ale życie to nie tylko zegar i kalendarz, ma jeszcze inne oblicza. Błędy naszych ojców, geny naszych matek. Goniące nas demony przeszłości, schematy naszych dziedziocznych zachowań. Takie jest życie – nieoczywiste.

Różne, ciągłe i cykliczne. Interesujące i pochłaniające. Odrzucające, odurzające i pędzące…

A czy ten tekst był o ekologii? Chyba nie.

Podpisano, jesienny ja :)